taszi

Historia Tasziego

Większość ludzi nie jest w stanie wyobrazić sobie jak bardzo można skrzywdzić zwierzę. Bo po co to robić ? Dla zabawy? Dla satysfakcji? Dla … no właśnie dlaczego? Pytanie nasuwa się w wielu przypadkach gdy trafiają pod Naszą opiekę psy w ciężkim stanie. Niekiedy wychudzenie towarzyszy ciężkiej chorobie a niekiedy spowodowane jest okrucieństwem ze strony człowieka. Tak było w przypadku Naszego podopiecznego Tasziego, oto jego historia…

Szczeniak, mały słodki i uroczy jak każdy piesek. Plany z nim związane są wielkie spacery i zabawy całymi dniami. Szczeniak w otoczeniu domowników wyrasta na pięknego, dużego psa….. i co dzieje się dalej ? Tego nie wiemy. Jego losy nim trafił do Nas to tylko domysły. Ale jesteśmy jednego pewni, życie które zgotował mu człowiek równoznaczne było z piekłem… a może przeskrobał coś, co spowodowało, iż zajął się nim sam diabeł?

Czwartek 10 stycznia,

Dzwoni telefon do kliniki: Wieziemy do Was psa, to prawdopodobnie Amstaff tzn jego szkielet. JESZCZE żyje. Wyrzucony z taksówki pod schroniskiem.
Oczekiwania……. Podjeżdża samochód…. Otwierają się drzwi ale pies nie wysiada z niego merdając ogonem. W ogóle nie wysiada, trzeba go wyciągnąć. Niesiony na rękach trafia do gabinetu.
Nastaje cisza… Gniew, złość i cierpienie. Jak można było coś takiego zrobić psu?! Kto ?! Pytania idą na bok, trzeba ratować mu życie. Dostaje imię – Taszi- w tybetańskim języku oznacza szczęście i powodzenie… jest zaklęty więc musi żyć! Waga pokazuje 17 kg. Nikt tego nie komentuje, bo brakuje słów. Ania podłącza kroplówkę jedną za drugą, mijają godziny… i kolejne leki. Taszi mimo wszystko nie jest w stanie podnieść głowy, brakuje mu sił… każdy oddech to dla niego walka o życie. Przeraźliwy ból jaki sprawiają mu gnijące odleżyny doskwiera w każdej minucie. Nie ma praktycznie mięśni, nie może się przekręcić. Ania opiekuje się nim jak malutkim dzieckiem. Podnosi głowę, poprawia poduszkę, przekręca na drugi bok. Ciągłe pytania- czy przeżyje noc? Musi… przecież jest zaklęty imieniem… ! Śpij Tasziczku… rano do Ciebie wrócę.

Piątek 11 stycznia – ranek

Śpi czy może … Taszi? Taszi?! Żyjesz!
Udało się minęła najgorsza noc. Jest lepiej, Taszi podnosi głowę. Nadal nie może wstać ani się przekręcić na bok. Po każdej pomocy obrócenia się liże Anię po rękach jakby dziękował, że przynosi mu ulgę. Tak, na pewno przynosi mu ukojenie, rany jakie ma, gniją i cuchną, odsłaniają mięśnie i kości. Ból jaki temu towarzyszy jest przeraźliwy ale Taszi nie daje tego po sobie poznać- jeśli znosi coś takiego, tak cierpliwie, to co gorszego musiał zaznać w swoim życiu? Nie chcemy o tym myśleć. Jest już bezpieczny, Ania o to zadba… Przychodzą wyniki morfologii i moczu. Jest źle, bardzo źle. Czyżby ktoś chciał go otruć ? Czy może z głodu zapychał żołądek śmieciami, które dziś wydalił- plastikowe części? Mocz wygląda jeszcze gorzej. Bardzo silna infekcja, wszędzie cuchnie rozkładającym się mięsem. Trzeba jak najszybciej podać leki.

Mijają kolejne dni. Taszi zaczyna wstawać. Wychodzi mu to bardzo nieporadnie, wygląda jak źrebak, który dopiero co zaczyna chodzić. Trzeba uważać przy głaskaniu, bo zwykły dotyk powoduje, iż Taszi traci równowagę i się przewraca. Chłopak chodzi za Anią jak za zbawieniem… i ma rację, dzięki niej żyje.

Pojawia się kolejne światełko nadziei dla Taszika. Jest dom tymczasowy, który weźmie go, aż znajdzie się ktoś kto da Naszej bidzie prawdziwy, cudowny stały dom.

Piątek 18 stycznia

Taszi jedzie do domu tymczasowego. Zaopatrzony zostaje w wyprawkę – torba leków, bandaży, plastrów na odleżyny i worek specjalistycznej karmy. Idzie do samochodu wolno… ale idzie! Chętnie wsiada. Pytanie czy wyczuwa, że jedzie do swojego raju czy może ktoś go wcześniej woził ? Pierwsze wyzwanie na nowym terenie. Wejście po schodach na 3 piętro. Na pierwsze wchodzi całkiem ładnie, dalej jest już gorzej. Potrzebny jest odpoczynek, łapki mu się trzęsą. Ale podejmuje próbę wejścia wyżej, jakby wiedział, że tam będzie bezpieczny. I tak jest, to teraz jego oaza.

Niedziela 3 lutego,

Pierwsza wizyta u Ani. Taszi w biega do gabinetu… tak W BIEGA! Ważymy Go… nie do wiary… waga pokazuje 25 kg. 2 tygodnie przyniosły mu 8 kg ciałka. Cały zespół dziękuje Pani Bożence za cudowna opiekę. Taszi żwawy wącha wszystko, ciekawy każdego okruszka, każdego kąta, przyjmuje zastrzyki bez protestu. Co dla niego takie ukłucie w porównaniu z tym co przeszedł?

Na dzień 4 marca waga Tasziego pokazuje 32 kg. Chłopak podwoił swoja masę, nadal nie jest to jego docelowa waga. To duży pies w typie molosa. Odbudowa mięśni potrwa jeszcze długo ale można się już teraz domyślać, że waga będzie oscylować przy 40 kg. Został wykastrowany, guz z nasady ogona usunięty- nie jest złośliwy. Taszi mieszka z dwoma kotami, niestety nie pałają do siebie miłością. Dzieci natomiast uwielbia ma kontakt na bieżąco z 2 letnim chłopcem i dwiema dziewczynkami 3,5 i 5 lat. Zna komendy siad, leżeć i podaj łapę… ale nie został nauczony tego w domu tymczasowym. A to oznacza, że ktoś z nim ćwiczył. Nasuwa się pytanie: Czy ktoś go w takim razie kiedyś kochał? Jeśli tak to czemu pozwolił na takie cierpienie? Nieważne…. już nieważne. Teraz to tylko przeszłość. Taszi ma nowe życie. Po ranach nie ma śladu tak jak i po wystających kościach. Uwielbia żuć sznury do zabawy, biegać za nimi. Kocha ludzi mimo, iż jeden z nich jest odpowiedzialny za jego tragiczną przeszłość. Jest karny i skory do nauki, bardzo ładnie utrzymuje kontakt z człowiekiem. Taszi nie brudzi w domu, woła na spacer, nie jest uciążliwy, nie wyje ani nie niszczy zostawiony sam w mieszkaniu.

Gotowy zwojować świat swoją pozytywną energią czeka na tego Jedynego Swojego Człowieka. Tego kto pokocha go bezgranicznie i spowoduje, że z jego pamięci zniknie ból i cierpienie…

Tak było w roku 2013.

Taszi został adoptowany. Na całe szczęście jego historia to HAPPY END!